26 września, 2016

cz. 2 -- Trzy dni w gorącym Berlinie



Po trzech dniach spędzonych na Mazurach, choć nie zdążyłam jeszcze na dobre się nimi pocieszyć, musieliśmy już wsiadać w pks do Warszawy a stamtąd w intercity do Berlina.  Przecięliśmy więc Polskę wszerz, dla odmiany drogą lądową i zatrzymaliśmy się u taty na zachodnim Spandau. Zawsze byłam ciekawa berlińskich blokowisk, ogromnych wieżowców z dużej płyty i klimatu nieposkromionych, betonowych osiedli, ale te na Spandau wyglądają nadzwyczaj spokojnie. Wpadając wcześniejszymi razy do słynnego Berlina zawsze miałam ochotę wsiąkać w głośne centrum i doświadczać metropolii w całej jej okazałości, ale zupełnie inaczej jest, kiedy na co dzień mieszka się w wielkim mieście, wówczas podróżując szuka się raczej atrakcji przeciwstawnych, więc poza jednym wieczorem przy Zoo, nie oddalaliśmy się za daleko od zielonego Spandau.


Kolacja do późna na przywitanie po skomplikowanej i długiej podróży a nazajutrz, w upale, spacer z tatą po parku na wysokiej górce.


Halo, halo! Berlin łączy się z Londynem, czy nasz kot mocno bałagani? :)
- oups...


Żeby nie było za bardzo leniwie, koniecznie trzeba było namierzyć jakieś miejskie plaże do kąpania. Na szczęście Spandau słynie z kanałów i jezior więc się udało. Późnym popołudniem przecięliśmy spacerkiem spandauską starówkę i trafiliśmy na coś w rodzaju małego kąpieliska, do którego nie zawahałam się nie wskoczyć.


A później metrem skoczyliśmy na piwo do ulubionego niegdyś Zoo.


Drugiego dnia powtórka z rozrywki, gdyż znów upał nosi na plażę. Tym razem w Tegel.


A ta mina to reakcja po tym, jak spóźniliśmy się na lot do Barcelony. To była depresyjna sytuacja, której nie życzę żadnemu podróżnikowi bo plany idą w gruzy, gonitwa na lotnisko może zatrzymać bicie serca a w najlepszej sytuacji trzeba wydać grubą forsę z nadwyrężonego portfela urlopowicza na następny, najbliższy bilet. Ale z perspektywy czasu będziemy się z tego śmiać, następnego dnia z dużym wyprzedzeniem spróbowaliśmy już z innego lotniska i szczęśliwie opuściliśmy Niemcy :)


23 września, 2016

Urlop cz.1 - Mazury


06/09/2016 godz. 9.40, w pociągu z East Croydon na Luton
Powietrze jest duszne a na górze ten typ zachmurzenia, którego bardzo nie lubię podczas latania. Płynna i cicha jazda pociągiem łagodzi cały zgiełk organizacyjny w głowie i prowokuje do przymykania powiek. Bo teraz już właściwie jest po wszystkim. Można odpocząć od podejmowania decyzji i dać się ponieść miejscom. Czekałam na to całe lato i teraz trwa.

Zgodnie z planem cały urlop miał być rejestrowany w formie szczegółowego dziennika i wklepany tu na bloga bez żadnego wysiłku ale idea notowania tym razem nie zaszła daleko bo mało było chwil dla siebie i długopisu a poza tym rzeczy działy się za szybko. Zapraszam więc na urlopową fotorelację z podziałem na trzy etapy - miejsca. Na początek swojskie, rodzinne Mazury i lotnisko, które od czerwca chwali się już bezpośrednimi lotami z i do Londynu. Nam udało się taki kupić z kilkutygodniowym wyprzedzeniem za zabawne 75zł.


Na lotnisku w Londynie można zrobić wiele miłych, zabijających czas rzeczy, pójść do głośnego, angielskiego pubu, kupić ekskluzywne prezenty, zjeść sushi itp., w Szymanach po prostu czekasz na wylot i obserwujesz otaczające lasy, ale to nie żadna wada, tylko odrębny urok każdego z tych wyjątkowych miejsc.


Pierwsze zetknięcie z Wizzairem, pomimo godzinnej obsuwy i zatkanej żyły szyjnej przy lądowaniu, wypadło pomyślnie :)


Tak więc znaleźliśmy się na 3 dni w ulubionej Jabłonce, nocując w altance wujka, kąpiąc w czystym i zimnym jeziorze, pedałując po okolicy do utraty tchu, zwiedzając pobliskie miasteczko, grillując i wchłaniając gorące promienie przez skórę, bo pogoda ku zaskoczeniu przez cały urlop była cudem.


Następny kierunek - Berlin


Related Posts with Thumbnails